Nie wrzucam na bloga nowych płyt polskich kapel, bowiem są zazwyczaj ogólnodostępne i kosztują tyle, co 2-3 plastikowe piwa w Warszawie. Będę jednak od czasu do czasu umieszczał tu krótkie recenzje naszych gitarowych (i nie tylko) drużyn. Jeśli więc w tytule wpisu pojawia się "rec:" przed nazwą artysty, oznacza to, że płyty stąd ściągnąć nie można.
Kyst to zespół z Norwegii, tworzony jednakże przez chłopaków posiadających słowiańskie imiona, którzy obecnie ponoć rezydują w Polsce. Najwyżej, jak wrócą do Skandynawii, usunę wpis, żeby pozostać wierny zasadzie recenzowania płyt wyłącznie rodzimych artystów.
Mimo koszmarnej okładki włączamy Cotton Touch. I co słyszymy? Indie-nie-wiadomo-co, które w najlepszych fragmentach ociera się o post-rock (udane intro); chwilami zespół może kojarzyć się ze słabszą wersją Ścianki (LP nagrywał Maciej Cieślak). O płycie Kyst można powiedzieć na pewno to, że jest ładna. Może służyć jako ścieżka dźwiękowa do malowania paznokci albo dłubania wykałaczką w zębach. Pewnie można też przy niej powspominać lepsze czasy. Jest na niej jeden jedyny moment, gdy wydaje się, iż chłopaki przypierdolą, pójdą w stronę psychodelii - w Summer Adventure. Nic z tego: znów robi się nudno, jak na imprezie dla abstynentów.
Komu może się przydać Cotton Touch? Załóżmy, że zapraszasz niedawno poznaną dziewczynę do domu. Nie powiedziała konkretnie czego słucha, ale widzisz, że raczej nie Stachursky i nie U2. Widzisz też, że At Action Park może ją zabić na miejscu. Zresztą, która kobieta - może poza Monicą Bellucci - wygra z pierwszym LP Shellaca. Zapodajesz więc Kyst. Jak zapyta, co to, służysz krótką notką biograficzną (Norwegia, Polska), jeśli zechce wiedzieć, jaki to rodzaj muzyki, dodajesz mądre zdanie o niedefiniowalności dźwięków sączących się z głośników (jesteś na/po kulturoznawstwie albo czytasz mądre rzeczy). Być może w takiej sytuacji płyta jest przydatna. Jedno jest pewne: mężczyźnie się nie spodoba. [3-/6]
GAYSPACE