07-02-2010

The Ghostdrome


Słucham właśnie fajnej płyty Kontrolorganu - Sun Shape Mirror. Drone, psychodelia - jest nieźle. Można ją ściągnąć - inne rzeczy też - ze strony http://ghostdrome.com. Kupić już chyba nie, bo wyszło tylko 25 cd-r.

03-02-2010

teenage larvae - 7" [1992] & 10" [1993]

 

I'm So Lonesome I Could Cry 7" (Sympathy For The Record Industry, 1992)
1. I'm So Lonesome I Could Cry (Hank Williams)
2. Florence Henderson's Funeral (Rutmanis/Livingstone) 



 
Songs For Pigs 10" (Sympathy For The Record Industry, 1993)
1. Past, Present, Future (Morton/Leiber/Butler)
2. Use Me (Bill Withers)
3. Ox Roast Blues (Livingstone/Rutmanis; lyrics: Jaimy Gordon)
4. Linet (Livingstone/Rutmanis)
5. Medley: Modular Chairs/Feature Our Eggs (Livingstone/Rutmanis)
6. Jealous Lover (Johnson Brothers) 


Śniło mi się, że nie powinienem wrzucać tej kapeli na bloga. Nie pamiętam powodu, ale chyba chodziło o jakąś groźbę. Jedyna sytuacja, jakiej się obawiam, to ponowna obecność mej skromnej osoby na koncercie Marii Peszek. No chyba, że dopadną mnie bojówki złożone z fanów zespołu Kyst. Ryzykuję.

Teenage Larvae tworzą (tworzyli?) Kevin Rutmanis (Cows, Melvins) i David B. Livingston (God Bullies) oraz "każdy, kogo mogli wykorzystać lub zwabić do studia"; wykorzystano m.in. Shannona Sellberga (Cows, The Heroine Sheiks) i Thora Eisentragera(Cows).  

Muzyka TL może się wydawać deczko odpychająca na początku, ale potem słucha się jej z przyjemnością. Cover I'm So Lonesome I Could Cry jest genialny.

Fani tego jedynego w swoim rodzaju bloga znają Teenage Larvae ze składanki Milk for Pussy.


Bonus # 5/10 (Roger Ballen):





02-02-2010

El Banda w TVP Kultura (2.02, 0:30)

 

Kulturalny kanał, należący do - jak to ujął wczoraj bodaj najgłupszy polski dziennikarz, krytykując twórców filmu o zbrodniach towarzysza generała - "pisowskiej telewizji", wyemituje dziś powtórkę koncertu El Bandy w cyklu Strefa - Poza kontrolą. Tej świetnej kapeli przedstawiać chyba nie trzeba, jakby co - jest link do ich majspejsa. Program poleci o 0:30.






01-02-2010

rec: kyst - cotton touch [2010]

 

Nie wrzucam na bloga nowych płyt polskich kapel, bowiem są zazwyczaj ogólnodostępne i kosztują tyle, co 2-3 plastikowe piwa w Warszawie. Będę jednak od czasu do czasu umieszczał tu krótkie recenzje naszych gitarowych (i nie tylko) drużyn. Jeśli więc w tytule wpisu pojawia się "rec:" przed nazwą artysty, oznacza to, że płyty stąd ściągnąć nie można.

Kyst to zespół z Norwegii, tworzony jednakże przez chłopaków posiadających słowiańskie imiona, którzy obecnie ponoć rezydują w Polsce. Najwyżej, jak wrócą do Skandynawii, usunę wpis, żeby pozostać wierny zasadzie recenzowania płyt wyłącznie rodzimych artystów.

Mimo koszmarnej okładki włączamy Cotton Touch. I co słyszymy? Indie-nie-wiadomo-co, które w najlepszych fragmentach ociera się o post-rock (udane intro); chwilami zespół może kojarzyć się ze słabszą wersją Ścianki (LP nagrywał Maciej Cieślak). O płycie Kyst  można powiedzieć na pewno to, że jest ładna. Może służyć jako ścieżka dźwiękowa do malowania paznokci albo dłubania wykałaczką w zębach. Pewnie można też przy niej powspominać lepsze czasy. Jest na niej jeden jedyny moment, gdy wydaje się, iż chłopaki przypierdolą, pójdą w stronę psychodelii - w Summer Adventure. Nic z tego: znów robi się nudno, jak na imprezie dla abstynentów.

Komu może się przydać Cotton Touch? Załóżmy, że zapraszasz niedawno poznaną dziewczynę do domu. Nie powiedziała konkretnie czego słucha, ale widzisz, że raczej nie Stachursky i nie U2. Widzisz też, że At Action Park może ją zabić na miejscu. Zresztą, która kobieta - może poza Monicą Bellucci - wygra z pierwszym LP Shellaca. Zapodajesz więc Kyst. Jak zapyta, co to, służysz krótką notką biograficzną (Norwegia, Polska), jeśli zechce wiedzieć, jaki to rodzaj muzyki, dodajesz mądre zdanie o niedefiniowalności dźwięków sączących się z głośników (jesteś na/po kulturoznawstwie albo czytasz mądre rzeczy). Być może w takiej sytuacji płyta jest przydatna. Jedno jest pewne: mężczyźnie się nie spodoba. [3-/6]


GAYSPACE

24-01-2010

clipd beaks - to realize [2010]



TRACKLISTA:
1. Strangler
2. Blood
3. Broke Life
4. Visions
5. Home
6. Atoms
7. Dust
8. Desert Highway Music
9. Jamn
10. On One
11. Shot On A Horse





Clipd Beaks to kapela grająca psychodelicznego rocka, ale chwilami takiego raczej ciężkiego, w którym słychać echa Health (obie kapele nagrywają dla Lovepump United). Słuchałem tej płyty parę razy, ale tylko raz na trzeźwo, więc nie będę oceniał. Dajcie znać, czy Pitchfork ją hype'uje - będę wiedział, co o niej myśleć. ;)







Bonus #4/10 (Cellina von Mannstein): 


22-01-2010

putiferio - ate ate ate [2008]



TRACKLISTA:
1. Give peace a cancer
2. Aristocatastrophism
3. Carnival corpse for servers
4. Putiferio goes to war
5. Hate ate 8
6. Where have all the razors gone?
7. HOLES holes HOLES



Kolejni makaroniarze. Putiferio ("burdel") to kapela z Padwy, która - wychodząc z noise rocka - nieźle miesza. Na płycie są fragmenty lepsze i gorsze (np. 13-minutowy Putiferio goes to war chujowo się zaczyna, by potem fajnie się rozwinąć), ale jako całość naprawdę daje radę. Ate ate ate to ich debiutancki i jak dotąd jedyny LP.




Bonus # 3/10:
 


17-01-2010

violent breakfast / laghetto - split 7" [2005]



TRACKLISTA
1. Violent Breakfast - Ricordi? (232 kbps)
2. Violent Breakfast - It Was An Apple (235 kbps)
3. Laghetto - Canzone Per Antonio Masa  (215 kbps)
4. Laghetto - Musicadroga (175 kbps)

DOWNLOAD (sharebee) / DOWNLOAD (multiupload)                                          
BUY

Włochy mogą kojarzyć się zarówno dobrze (np. z Giuseppe Tornatore), jak i źle (np. z Interem Mediolan). Mam wrażenie, że gdzieś już czytałem podobne zdanie, pewnie na jakimś chujowym blogu.

Obie kapelki są niezłe. Różnią się głównie tym, że Laghetto wciąż gra, a Violent Breakfast - już nie.

Wszystkie kawałki Laghetto z płyty Pocapocalissedo ściągnięcia na last.fm

Bonus # 2/10: